Świętokrzyskie    29.04 – 03.05 2017

Tym razem, na długi weekend zapraszam w region świętokrzyski. Na pewno zaskoczy was tutejsze bogactwo przyrody, dziewicza natura oraz niesamowita historia i kultura tego uroczego zakątka.  Czekają tu na was Góry Świętokrzyskie – najniższe i zarazem najstarsze góry w Polsce, a także niezwykłe miejsce kultu religijnego  jakim jest Święty Krzyż, od którego wywodzi się nazwa całego regionu. Poznacie najpiękniejsze zamki i ich legendy, zakochacie się w królewskim Sandomierzu z niepowtarzalnymi zabytkami i bogatą architekturą. W Bałtowie będziecie mieli okazję spotkać się z najstarszymi mieszkańcami ziemi – dinozaurami, a w Kurozwękach staniecie oko w oko z bizonem podczas zoo safari. Jeśli chcecie dowiedzieć się o najciekawszych atrakcjach regionu, o tym skąd się wzięły czarownice w świętokrzyskim, gdzie znajdują się góry usypane z ziarenek pieprzu i dlaczego mieszkańców Kielc nazywa się potocznie „scyzorykami” zapraszam do poniższej lektury…

DZIEŃ 1

Na tegoroczną majówkę wyruszamy sześcioosobowym składem wraz z dwoma czworonogami 🙂 Ruszamy do Świętej Katarzyny, gdyż to właśnie ta miejscowość stanie się naszym domem na czas tegorocznej majówki. Do przejechania mamy jakieś 215 km, całkiem niewiele ale po drodze czeka na nas jeszcze moc atrakcji. Początkowo wpadamy na autostradę A1, w okolicach Siewierza włączamy się na drogę krajową nr 78, która doprowadza nas aż do Jędrzejowa słynącego m. in z interesującego Muzeum Zegarów oraz jednego z najstarszych klasztorów cysterskich na ziemiach polskich. Dalej wpadamy na trasę krajową nr 7  Kraków – Kielce. Po około 20 minutach jazdy remontowaną „siódemką” docieramy do wioski Tokarnia, w której znajduje się pierwsza atrakcja na naszej trasie – Skansen Wsi Kieleckiej.

Po zaparkowaniu naszych pojazdów i opłaceniu biletów wstępu (14 zł – normalny) wraz z naszymi pupilami przenosimy się jakieś 100 lat wstecz do dawnej wsi świętokrzyskiej. Na malowniczym 65 ha obszarze w zakolu Czarnej Nidy zgromadzono najcenniejsze zabytki XVIII i XIX wiecznego budownictwa drewnianego z terenu Gór Świętokrzyskich, Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej, Kotliny Sandomierskiej oraz Ponidzia. 

Aby ułatwić turystą zwiedzanie skansen został podzielony na sektory : budownictwa małomiasteczkowego, wyżynnego, dworsko – folwarcznego, świętokrzyskiego oraz z terenów lessowych. Podczas naszego etnograficznego spaceru odwiedzamy m.in barokowy kościół p.w. M.B Pocieszenia z Rogowa n. Wisłą z 1763, okazałe wiatraki z Grzmucina i Pacanowa, dwór szlachecki z Suchedniowa, spichlerz dworski ze Złotej z 1719 roku. Po za tym przechadzamy się po licznych klimatycznych wnętrzach dawnych chałup, stodół i warsztatów. Nie brakuje tu także dawnej powozowni, pracowni krawieckiej, apteki, sklepu spożywczego a nawet młyna wodnego usytuowanego na Czarnej Nidzie o sympatycznej nazwie – Bździel.

Prawdziwą gradką dla miłośników rękodzieła będzie wystawa kolekcji kilkuset rzeźb wykonanych przez Jana Bernasiewicza, którym poświęcił całe swoje doczesne życie. Po wizycie w Parku Etnograficznym udajemy się do pobliskich Chęcin, gdzie na okazałym wzgórzu znajdują się ruiny jednego z najokazalszych zamków w Polsce.

Po przejechaniu 6 kilometrów na północ od Tokarni (kierunek Warszawa) docieramy do pod nuży dawnego Zamku Królewskiego. W ciągu kilku minut wdrapujemy się z parkingu do potężnych obwarowań okalających twierdzę, tuż obok znajduje się kasa w której uiszczamy opłaty w wysokości 12 zł. Przy zakupie biletów dowiadujemy się o zakazie wprowadzaniu czworonogów na teren zamku, jesteśmy rozczarowani tym bardziej że to tylko ruiny, ale co zrobić zakaz to zakaz.

Musimy się podzielić. Jedna ekipa schodzi na parking zaś druga zdobywa, najpierw dziedziniec skąd roztacza się średniowieczna muzyka, następnie lochy w których to podobno gdzieś skrywać się miały liczne skarby pozostawione w pośpiechu przez królową Bonę. Niestety nam nie udało się nic znaleźć 🙂 Na koniec forsujemy potężną wieże obronną, z której to obecnie można podziwiać wspaniałe widoki na najbliższą okolicę. Gdy obchodzimy już twierdze wzdłuż i wszerz powracamy na nasz parking.

Spod malowniczego zamczyska udajemy się na docelowe miejsce naszego majowego wypoczynku. Ekspresowo mijamy stolicę województwa świętokrzyskiego – Kielce.  A po ok. 45 minutach jazdy z pod chęcińskiego zamku  docieramy do Świętej Katarzyny – popularnej wioski turystycznej położonej u stóp Łysicy (612 m.n.p.m) – najwyższego szczytu Gór Świętokrzyskich. Miejscowość przyciąga unikalnym mikroklimatem, ciszą, spokojem oraz licznymi atrakcjami takimi jak : Klasztor Bernardynek wraz z  Kościołem Św. Katarzyny, Muzeum Minerałów i Skamieniałości, Kapliczka Św. Franciszka z cudownym źródełkiem oraz liczne szlaki piesze zachęcające do długich spacerów w rejonie Górach Świętokrzyskich.

Po intensywnej podróży całą ferajną w końcu docieramy do gospodarstwa agroturystycznego „Dolina Łysicy”, czeka tu na nas sympatyczna właścicielka oraz przytulne studio rodzinne wyposażone w dwa pokoje, kominek, łazienkę i telewizję, która raczej nam się nie przyda…

DZIEŃ 2

Po inauguracyjnym grillu dnia poprzedniego, wczesna pobudka nie należy do przyjemności. Ale powoli zwlekamy się z łóżek, tym bardziej że na dzisiejszy dzień zaplanowaną mamy wizytę w bałtowskim Jura Parku. Ze Świętej Katarzyny do krainy dinozaurów mamy do pokonania ok. 60 km. Trasę pokonujemy sprawnie drogami lokalnymi przez Nową Słupię i Ostrowiec Świętokrzyski. Po ok. godzinie jesteśmy już na terenie pierwszego w Polsce Parku Jurajskiego.

Ten ogromny ponad 3 ha kompleks turystyczny ma do zaoferowania wiele ciekawych atrakcji. Mamy do wyboru kilka opcji :

  • Jura Park – Ścieżka z dinozaurami (ponad 100 modeli dinozaurów w skali 1:1), Muzeum Jurajskie (setki minerałów i skamieniałości z całego świata), Prehistoryczne Oceanarium 3D, Gondwana (plac zabaw kreatywnych) i Żydowski Jar
  • Zwierzyniec – Zwierzyniec Dolny (barwny świat egzotycznych ptaków i małych ssaków), Zwierzyniec Górny (podróż schoolbusem wśród dzikich zwierząt)
  • Park Rozrywki to wspaniała zabawa dla całej rodziny znajdziecie tu m.in : Rollercoaster czy Kino Emocji Cinema 5D
  • Sabatówka – wioska czarownic pełna magii, gdzie baśń łączy się z nauką, zabawą i …smakołykami.
  • Rafting – spływ pontonowy rzeką Kamienną.

Z pośród szerokiej oferty wybieramy pakiety Park Jurajski oraz Zwierzyniec. Ze względu na obecność naszych pupili musi paść pewien podział, gdyż z czworonogami zezwala się na wejście tylko na wystawę prehistorycznych gadów. Więc sprawa jest jasna psiaki z połową uczestników ruszają do parku dinozaurów, a reszta ekipy udaje się do Zwierzyńca, a następnie zrobimy podmiankę. Udajemy się do kasy zwierzyńca, gdzie wykupujemy bilet na część dolną, którą obchodzi się pieszo oraz na część górną po której obwiezie nas stylowy amerykański schoolbus (20 zł góra i dół). Nasz transport podjedzie dopiero za 40 min, więc zaczynamy od zwiedzania dolnego sektora gdzie napotykamy barwny świat egzotycznych ptaków i zabawnych małych ssaków. Podczas tego krótkiego spaceru podziwiamy m.in : małpki, kuce, muflony, osły, muły, skunksy, szopy, owce, kozy, jeżozwierze, surykatki, jenoty, żurawie, pawie czy gadające papugi.

Po zapoznaniu się z tymi ciekawymi stworzeniami, zostaje nam jeszcze 15 min do odjazdu naszego busika, korzystamy więc z szybkiej gastronomi, która znajduje się tuż przy kasach i przystanku. Fast – food okazuje się w tym momencie zbawienny, kończymy gdy akurat podjeżdża nasz żółty „dyliżans”. Po okazaniu biletów kierowcy, zasiadamy wygodnie w skórzanych fotelach, a z nami wita się nasz przewodnik, który będzie nam towarzyszył podczas 40 minutowego safari. Po wjeździe na teren ogrodzonego zwierzyńca górnego, spotykamy licznych przedstawicieli gatunków z różnych części świata, które żyją tu w warunkach zbliżonych do ich naturalnego środowiska. Podczas naszej przejażdżki podziwiamy żubry, wielbłądy, lamy, alpaki, daniele, jelenie, kozy, owce, bydło zebu, szkockie i watusi, jaki, antylopy, emu oraz wścibskie strusie, które prawie wpakowały nam się do autokaru. Przewodnik przekazuje nam szereg cennych informacji dotyczących poszczególnych gatunków.  Ogrom zwierzyńca oraz ilość i różnorodność zwierząt robią na nas bardzo duże wrażenie.

Tradycyjny amerykański „school bus” jest naszym środkiem transportu po bałtowskim zwierzyńcu.

Bydło szkockie.

Ciekawski struś chciał przejechać się naszym autobusem 🙂

Na terenie zwierzyńca górnego podziwiać możemy głębokie doliny, są to wąwozy lessowe.

Po wizycie w bałtowskim zwierzyńcu pora spotkać się z drugą ekipą i dokonać wymiany. Teraz my bierzemy psiaki i ruszamy spotkać się z prehistorycznymi gadami oko w oko. Ale zanim wejdziemy parę słów o tym skąd pomysł na Park Jurajski w maleńkim Bałtowie. Nieopodal kompleksu turystycznego przepływa rzeka Kamienna. W wąskiej dolinie o skalistych wapiennych brzegach znaleziono ślady stóp dinozaurów – allozaura i stegozaura, pochodzące sprzed 150 mln lat ! Więc to nie przypadek, że ten nietuzinkowy park rozrywki ale także i nauki znalazł miejsce właśnie tutaj. Po opłaceniu biletów (30 zł – normalny) i wejściu na teren parku poruszamy się wyznaczoną ścieżką dziejów Ziemi. Dzięki niej poznajemy jak ewoluowały dinozaury i nie tylko. Wśród łąk i strumieni ustawiono ponad 100 modeli prehistorycznych gadów naturalnej wielkości. Bardzo realistycznie odwzorowano m.in sceny polowań drapieżnych tyranozaurów na łagodnych roślinożerców. Na trasie znajdujemy  także ciekawą wystawę minerałów i skamieniałości na których widnieją autentyczne ślady dinozaurów. Dla najmłodszych nie lada atrakcja będzie zakątek Gondwana, gdzie znajduje się plac zabaw kreatywnych, tu wasze pociechy będą mogły wykopać szkielet tyranozaura sprzed milionów lat. Wędrówka przez wszystkie epoki geologiczne od kambru aż po neolit w którym pojawia się człowiek zajmuje nam ok. 1,5 godziny, całkiem nieźle w porównaniu do milionów lat w rzeczywistości 🙂 Na koniec trasy zwiedzania czeka na nas Prehistoryczne Oceanarium 3D. Wizualizacja świata podwodnego cieszy się dużym powodzeniem wśród młodszych i starszych. Niektóre sceny odtworzone są bardzo realistycznie 🙂

Psiaki w Jura Parku są mile widziane.

Strefa zabaw dla najmłodszych.

Czaszka dinozaura w Muzeum Jurajskim.

Prehistoryczne Oceanarium 3D – polecam 🙂

Gdy wychodzimy z oceanarium udajemy się na drugą stronę drogi, gdzie znajduje się ostatnia atrakcja obejmująca zwiedzanie Jura Parku. To Żydowski Jar, tutaj zaś podziwiamy wysokie ściany wąwozów, a w nich dryozaura, kamptozaura oraz najlepiej zachowany i największy trop w bałtowskim wąwozie pozostawiony przez karłowatego krewniaka allozaurów. Podsumowując, atrakcja godna uwagi, z pewnością szczególnie poleciłbym rodziną z dziećmi, zabawa i nauka w jednym. Znalazłem tylko jeden minus – CENY ! Aby wszystko zobaczyć i ze wszystkiego skorzystać potrzebowalibyśmy mieć ze sobą worek pieniędzy. Tylko w niewielkim stopniu sytuacje ratują opcje pakietowe uwzględniające wszystkie atrakcje: bilet kompleksowy (normalny 75 zł/os. i ulgowy 60 zł/os.) czy bilet rodzinny (bilet rodzinny 2+2 za 230 zł (2 os. dorosłe i 2 dzieci do lat 16). Ograniczając się do Jura Parku oraz Zwierzyńca spędzamy w Bałtowie ok. 5-6 godzin. Wybierając się z dziećmi warto zagospodarować sobie cały dzień, uwierzcie że dla waszych pociech będzie to niezapomniana atrakcja.

Po wizycie w Bałtowie udajemy się do Ostrowca Świętokrzyskiego, jednego z większych lecz nie koniecznie najciekawszych pod względem turystycznym miast w województwie świętokrzyskim. Tym razem nie zaglądamy tutaj w celach krajoznawczych lecz w celach konsumpcyjnych 🙂 Po ostatniej wygranej rewolucji kulinarnej w znanym wszystkim Polakom słynnym programie o gotowaniu, prowadzonym przez ekscentryczną Magdę G. postanawiamy sprawdzić jak smakują zachwalane, miejscowe pierogi w Gospodzie Jagoda. Niewielki lokal na Ostrowieckim osiedlu Stawki przypomina z zewnątrz nieco szkolną stołówkę, na szczęście w środku wydaje się być już nieco bardziej przytulnie. Zamawiamy słynne już na całą Polskę PIEROGI SERNIKOWE Z JAGODAMI I BITĄ ŚMIETANĄ w cenie 16 złotych. Po skonsumowaniu opinie są podzielone, jednym smakowało bardziej drugim mniej. Faktem jest, że klientów w porze obiadowej nie brakowało. Najwyraźniej może to świadczyć o smacznym jedzeniu albo co gorsze o dużym rozgłosie medialnym w ostatnim czasie. Myślę że warto tu zajrzeć, spróbować i ocenić samemu. W szczególności polecam koneserom pierogów (choć dań kuchni domowej również nie brakuje) i przejezdnym mającym nieco więcej czasu by móc poszwędać się po osiedlowych uliczkach Ostrowca. 

DZIEŃ 3

Spędzając kilka dni w tym urokliwym regionie, obowiązkowym punktem programu powinna być wizyta w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Jest to jeden z 23 Parków Narodowych w naszym kraju. Walory tego regionu doceniono już na początku lat 50. ubiegłego wieku. Obejmuje on swoim zasięgiem centralną część Gór Świętokrzyskich: pasmo Łysogór, część pasma Klonowskiego, dwie doliny, a także trzy eksklawy. Nasza ekipa, oczywiście zamierza zobaczyć jak najwięcej, więc decydujemy się przejść czerwony szlak od Świętej Katarzyny aż do Nowej Słupi. Jest to część Głównego Szlaku Świętokrzyskiego im. Edmunda Massalskiego i wiedzie m. in. przez całe pasmo Łysogórskie nie omijając jej dwóch najwyższych szczytów.

Startujemy ok. godziny 7 ze Świętej Katarzyny. Ta mała turystyczna miejscowość jest świetnym punktem wypadowym na spacery i górskie wycieczki. Już na początku naszej wędrówki podziwiamy z zewnątrz miejscowy Klasztor Bernardynek wraz z  Kościołem Św. Katarzyny a także tzw. kapliczkę Żeromskiego, położoną tuż obok dużego parkingu (dobry punkt wypadowy w kierunku Łysicy – szlak czerwony oraz Bodzentyna – szlak niebieski). Wzniesiona została na początku XIX w. Nazwana tak, gdyż na tynku znajdują się wyryte w 1882 r. podpisy Stefana Żeromskiego oraz jego szkolnego kolegi Janka Stróżeckiego. Dosłownie 5 minut później, zaraz po wkroczeniu do lasu a dokładniej do Puszczy Jodłowej napotykamy kolejny ciekawy zabytek, to drewniana kapliczka św. Franciszka. Przystajemy, oglądamy i fotografujemy. Obok budowli znajduje się źródło, uznawane przez wiernych za cudowne. Według tradycji woda z tego źródełka ma właściwości lecznicze, podobno w szczególności pomagać ma na choroby oczu. Dobra, koniec (chwilowo) atrakcji, ruszamy ostro pod górę, bo znajdujemy się u podnóża Łysicy (612 m n.p.m.), czyli najwyższego szczytu Gór Świętokrzyskich. Wierzchołek osiągamy po ok 1 h niezbyt szybkiego marszu przez las. Mimo niewielkiej wysokości góra ta należy do Korony Gór Polski. Widoki ze szczytu są raczej ograniczone. Wchodzimy na dość mocno już zanikające gołoborze, aby popatrzeć w kierunku północnym, niestety zarośla nie pozwalają bardziej się rozejrzeć. No nic, robimy fotkę przy tabliczce i idziemy dalej.

 

Ścieżka niezmiennie wiedzie przez las, pozbawiona jest poważniejszych różnic poziomów. Idziemy prawie, że granią pasma Łysogórskiego i podziwiamy przyrodę drugiego najstarszego Parku Narodowego w Polsce. Po pewnym czasie dochodzimy do niezbyt wybitnej przełęczy. To Przełęcz Świętego Mikołaja, gdzie postawiono kapliczkę, także pod wezwaniem świętego Mikołaja – patrona podróżnych. Dalej szlak zaczyna schodzić zdecydowanie w dół i dochodzimy do… wsi Kakonin. Od razu po wyjściu z lasu znajdujemy się w całkiem przyjemnej „przy szlakowej” knajpce (Izba Smaku), gdzie pałaszujemy dwie porcje fasolki po bretońsku i cieszymy się promieniami długo nie widzianego przez nas słońca. Tuż obok znajduje się drewniana chałupa pochodzącą z połowy XIX wieku, najsłynniejszy zabytek Kakonina. Wnętrze chaty można odwiedzić za jedyne 2 zł (klucze do pobrania w sąsiednim sklepie). My jednak idziemy dalej. Ta część szlaku prowadzi nas kilka kilometrów przez wieś, by zaprowadzić nas znów do lasu. Ale innego. Mokrego. Bardzo mokrego. Ścieżka przypomina czasem bagno, czasem rozlewisko, mijamy niezliczoną ilość małych i troszkę większych strumyków. Czasem wychodzimy kilka metrów poza szlak, aby iść (w miarę) suchą stopą dalej. Co prawda lało kilka dni, ale czegoś takiego nikt z nas się nie spodziewał. Ale nie patrzymy tylko pod nogi, gdyż oczom naszym odsłaniają się widoki. Ta część szlaku to ok. 6 km ścieżka po granicy Parku Narodowego. Z lewej strony jest las, natomiast z prawej pola, z których wesoło machają do nas ładnie ubrane strachy na wróble. Widać też wsie i dość rozległy widok na pobliskie pasmo. Mijamy co jakiś czas turystów pieszych i rowerowych, wszyscy jak młode kozice skaczą nad wodnymi przeszkodami:)

 

Wkrótce wchodzimy do kolejnej wsi. To Huta Szklana. Stąd widać już główną drogę prowadzącą na Łysą Górę, drugą co do wysokości górę w Górach Świętokrzyskich. Zatrzymujemy się jeszcze przy straganach z pamiątkami, gdzie można kupić 101 rodzajów różnorakich czarownic – symbolu regionu Świętokrzyskiego. Droga ta, jest asfaltowa i z wielką radością odkrywamy, że jest droga alternatywna – ścieżka dydaktyczno – przyrodnicza, która wiedzie błotnista przecinką przez las. 2 km dalej łączy się z drogą asfaltową, tuż przy kolejnej atrakcji: najlepiej zachowanym gołoborzem w Górach Świętokrzyskich. Z metalowej platformy możemy podziwiać widoki z Łysej Góry na północ, a także wspomniane gołoborze, czyli rumowisko skalne wolne od jakiejkolwiek roślinności.

 

Sama Łysa Góra (zwana też Świętym Krzyżem), to drugi co do wysokości (594 m n.p.m.) szczyt w Górach Świętokrzyskich. Położony jest we wschodniej części pasma Łysogór w Nowej Słupi i objęty ochroną w ramach Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wierzchołek jest dość mocno zagospodarowany. Prowadzi tu asfaltowa droga, znajdują się oczywiście stoiska z pamiątkami, muzeum przyrodnicze ŚPN (na ekspozycję muzealną składają się eksponaty związane z terenem Gór Świętokrzyskich i obejmujące ich faunę i florę, geologię, hydrologię, klimat oraz zagadnienia ochrony środowiska) i Wieża radiowo-telewizyjna (jest to jeden z najlepszych, pod względem powierzchni pokrycia sygnałem, obiektów nadawczych w Polsce i Europie Środkowej). Jednak najbardziej interesującym obiektem jest tutaj Opactwo pobenedyktyńskie na Świętym Krzyżu. Łysa Góra stanowiła w okresie wczesnego średniowiecza prawdopodobnie ośrodek kultu pogańskiego związanego z religią Słowian. Po przyjęciu chrztu przez Mieszka I rozpoczęto chrystianizację miejsc kultu pogańskiego. Według legendy opactwo benedyktyńskie założył Bolesław I Chrobry w 1006 r. Od XIV w. nazywane Świętym Krzyżem, jako że przechowywane są tu relikwie drzewa krzyża świętego, na którym miał umrzeć Jezus Chrystus, podarowane w XI w. przez św. Emeryka, syna Stefana I, króla węgierskiego. W okresie panowania dynastii Jagiellonów, było to najważniejsze sanktuarium religijne w Królestwie Polskim. Wielokrotnie bywali tutaj m. in. Władysław Jagiełło, Zygmunt Stary, czy Zygmunt August. W swojej burzliwej historii opactwo miało wiele wzlotów i upadków, od 1864 r. władze carskie przekształciły je w ciężkie więzienie. Podczas wojny Niemcy utworzyli tu obóz zagłady jeńców radzieckich. W 1961 budynki po więzieniu przejął Świętokrzyski Park Narodowy. Historia tego miejsca jest bardzo barwna i bogata. Odwiedziny tutaj powinny być żelaznym punktem każdego turysty przebywającego w te strony. Aktualnie w części budynku mieści się nowicjat Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów M.N. Będąc tu, trzeba zwiedzić opactwo, kościół i wejść na niedawno odbudowaną wieżę kościelną z której roztacza się fenomenalny widok we wszystkie strony, a także zejść do krypty w kaplicy Oleśnickich gdzie można zobaczyć zmumifikowane zwłoki Jeremiego Wiśniowieckiego.

Po dłuższym zwiedzaniu, zrobieniu setki zdjęć zaczynamy schodzić w dół. na zejście do Nowej Słupi przeznaczamy ostatnie 40 min. z naszej prawie 8 godzinnej wycieczki. Liczymy, że w nogach mamy co najmniej 25 km. Pozostaje jeszcze powrót do Św. Katarzyny. Okazuje się, że uratować nas może tylko jeden autobus jadący w kierunku Kielc, który spóźnia się ponad godzinę i wysadza nas 6 km od naszej kwatery w miejscowości Górno. Na szczęście stąd zabiera nas już nasz człowiek 🙂 Co jak co, ale w tych okolicach dużo lepszym wyborem pozostaje wciąż autostop:)

Fragment drogi krzyżowej przy szlaku Nowa Słupia – Święty Krzyż.

 Reasumując, nie była to jakaś „hardcorowa” wyprawa górska. Nie ma tu zabierających tlen wysokości, przewyższeń doprowadzających do zawału, mega ekspozycji czy nawet super widoków z wybitnych wierzchołków (nie licząc oczywiście wieży kościelnej na Łysej Górze). Jednak opisana trasa naprawdę robi wrażenie. Walory przyrodnicze i kulturowe należą do szczególnie cennych w naszym kraju. Poza tym można odhaczyć kolejny szczyt do Korony Gór Polski, a także mieć satysfakcję z pokonania całego pasma najstarszych i najniższych gór w Polsce:)

DZIEŃ 4

Po górskich wojażach w ramach regeneracji udajemy się na całodzienne zwiedzanie do Sandomierza, który jest istną perełką województwa świętokrzyskiego. Od naszej bazy wypadowej w Świętej Katarzynie do królewskiego miasta dzieli nas jedynie 75 km. Po godzinie jazdy jesteśmy na miejscu. Miasto o tysiącletniej historii położone jest na siedmiu wzgórzach (jak Rzym) nad Wisłą i należy do najpiękniejszych i najstarszych w Polsce. Tutaj niezwykłe krajobrazy przeplatają się z dziełami architektury, które nie tak dawno dzięki serialowi „Ojciec Mateusz” może poznać i podziwiać cała Polska. Księdzu Mateuszowi Sandomierz zapewne zawdzięcza wiele, lecz pierwszym, który rozreklamował to niezwykłe miejsce był historyk, podróżnik i działacz Stanisław Sarnicki, który w dziele Opisanie Polski z 1585 o tym miejscu pisał następująco : ” Miejscowość ta jest nadzwyczajnie piękna i przyjemna. Są tam uprawiane winnice. Wszędzie rozciągają się sady. Tak, iż sądziłbyś, że zewsząd lasy otaczają miasto. Znajduje się tam wielka ilość najwyborniejszych owoców. Dlatego też Kazimierz Wielki i inni królowie przybywali do Sandomierza aby zażyć powietrza i uciechy. Powaby miejsca zwiększa ogłada obywateli, a także różne przyjemności. Znajdziesz tam bowiem znakomitych lekarzy, muzyków różne gatunki napojów, wesołe duchowieństwo, niewiarygodną obfitość ryb, miodu, łososi, dziczyzny, zboża oraz innych specjałów”.   Aby przekonać się o tych słowach na własnej skórze, postaramy przenieść się nieco w czasie i odwiedzić najciekawsze zabytki Sandomierza. 

Nasze zwiedzanie rozpoczynamy od Bramy Opatowskiej. Jest to jeden z ważniejszych elementów obronnych średniowiecznego Sandomierza, dawniej wraz z trzema pozostałymi (już nieistniejącymi) broniły dostępu do miasta. Obecnie mamy okazje wdrapać się na samą górę tej wyniosłej budowli, aby z tamtejszego punktu widokowego móc podziwiać panoramę Starego Miasta, Wisły i Gór Pieprzowych. (wstęp 4 zł normalny, zakaz wprowadzania psów) Następnie udajemy się do serca Starego Miasta, jakim jest zabytkowy Rynek wypełniony licznymi renesansowymi kamieniczkami. W końcu możemy zobaczyć ten słynny plac, po którym serialowy ojciec Mateusz w każdym odcinku przemierza na swoim oldschoolowym rowerze. Na środku rynku znajduje się imponujący budynek ratusza wybudowany w roku 1349. Dawniej budynek był siedzibą rady miejskiej i sądu, natomiast w piwnicach znajdowało się więzienie i miejsce tortur. Obecnie jest tu Muzeum Historyczne oraz Urząd Stanu Cywilnego. Tuż nieopodal znajduje się także Mały Rynek, na którym to możemy znaleźć liczne stragany z miejscowym rękodziełem czy specjałami kulinarnymi. My zaopatrujemy się w regionalne winko z sandomierskiej winnicy oraz w popularne warkocze preclowe o różnych smakach, którymi to objadamy się przez resztę dnia 🙂

Po małych zakupach udajemy się pod kamienicę Oleśnickich (ul. Rynek 12) by odwiedzić jedną z największych atrakcji miasta – Podziemną Trasę Turystyczną. Niestety ze względu na weekend majowy w kolejce po bilet przyszło nam poczekać ponad godzinę. Wstęp do podziemi to wydatek rzędu 10 zł (bilet normalny), oprowadzanie trwa ok. 45 minut i odbywa się z miejscowym przewodnikiem. Gdy wybija godzina „0” pojawia się i nasz opiekun, który wprowadza nas do podziemi i spacerując po ciasnych zaułkach zapoznaje nas z historią tego miejsca.

Dzisiejsza trasa prowadzi nas po przez  system dawnych XIV i XV – wiecznych piwnic, w których kupcy sandomierscy składowali towary handlowe, gdyż dawniej miasto było dużym ośrodkiem handlowym i przeładunkowym ze względu na swoje korzystne położenie nad brzegami Wisły. Ze potrzeby wygospodarowania  powierzchni magazynowej, ok. 10 metrów pod Starym Miastem wydrążono drugie „podziemne miasto” w postaci systemu korytarzy, labiryntów i piwnic. Niestety wraz z upływem czasu oraz po przez podmywanie skały lessowej zakamarki zaczęły niszczeć do tego stopnia, że po II wojnie światowej centrum Sandomierza groziła zagłada poprzez zawalenie. Na szczęście podczas renowacji Starego Miasta postanowiono także odrestaurować i podbudować podziemne zakamarki. Dzięki ciężkiej pracy bytomskich górników przy odbudowie i zabezpieczeniu „sandomierskich lochów” możemy dzisiaj spacerować Podziemną Trasą Turystyczną, której długość wynosi 470 metrów posiada, 34 komory i przechodzi pod 8 kamienicami położonymi w okolicach Rynku. Na zakończenie zwiedzania nasz przewodnik opowiada nam najsłynniejszą legendę związana z tym miejscem, o miejscowej bohaterce Halinie Krępiance, która to zginęła zasypana w tutejszych korytarzach wraz z podstępnie zwabionymi do nich Tatarami, dzięki temu heroicznemu uczynkowi, ratując miasto przed najazdem. 

Po 45 minutach włóczenia się po sandomierskich katakumbach wychodzimy na światło dzienne nieopodal ratusza. 

Kolejną atrakcją znajdującą się tuż obok do której się udajemy to wystawa „Świat Ojca Mateusza”. Wśród nas są mniejsi lub więksi fani tego serialu, dlatego też dzielimy się na grupy, jedni idą z psiakami na kawę drudzy zaś na wystawę. Nie da się ukryć że serial emitowany w TVP przyniósł miastu niesamowity rozgłos . Nawet nasza pani przewodnik z Podziemnej Trasy Turystycznej na przestrzeni lat zauważyła ogromne zmiany : „wcześniej można było liczyć tylko na wycieczki szkolne w sezonie, natomiast po emisji serialu zaczęli napływać turyści indywidualni z Polski i zza granicy, a ruch w interesie jest przez cały rok”. Dlatego też w ramach wdzięczności za fantastyczną reklamę miasto postanowiło odwzorować dla turystów: „Świat Ojca Mateusza”, gdzie możemy zobaczyć scenografię filmową odtworzoną w skali 1:1.

Wystawa mieści się pod adresem Rynek 5 w Kamienicy Konwikt Boboli vis a vis Ratusza. Po zakupie biletów nie tanich bo w cenie 13 zł (normalny) wchodzimy do pomieszczeń znajdujących się za czerwoną kotarą niczym na plan serialu, gdzie znajduje się nasza wystawa. Odwiedzamy kuchnie Natalii, spotykamy się z komendantem Możejko na jego posterunku. Jest tu nawet serialowa cela, przy której możemy zrobić sobie zdjęcie ze słynnym panem Mietkiem, no i oczywiście plebania, gdzie spotykamy się oko w oko z tytułowym bohaterem. W każdym pomieszczeniu słychać muzykę z serialu. Będąc w Sandomierzu warto odwiedzić tą może nieco komercyjną lecz na pewno mogącą się podobać, najnowszą atrakcję w mieście. (w szczególności dla miłośników serialu) Miejsce cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem turystów, podobno wycieczki zapisują się, aż z miesięcznym wyprzedzeniem.

Po spotkaniu z Ojcem Mateuszem, wypadało by wstąpić do najważniejszej świątyni w mieście jaką jest Bazylika Katedralna p.w. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Przy ul. Katedralnej 1 odwiedzamy jeden z najpiękniejszych gotyckich kościołów w Polsce, którego historia sięga do początków XIV wieku. Do dzisiejszych czasów katedra zachowała swój pierwotny układ przestrzenny oraz bogatą dekorację. Wewnątrz podziwiać możemy bizantyjskie freski w prezbiterium, ołtarze i portale wykonane z czarnego i różowego marmuru oraz podziemną kaplicę p.w Błogosławionych Męczenników Sandomierskich.

Z pod gotyckiej katedry udajemy się na sandomierski Zamek, skąd roztacza się najpiękniejszy widok na Wisłę oraz nadrzeczny bulwar, przy którym cumują liczne statki wycieczkowe. 

Pierwotny Zamek wybudowany przez króla Kazimierza Wielkiego, prawie w całości został zniszczony podczas wojny polsko – szwedzkiej. Dzięki Janowi III Sobieskiemu odbudowano dawną twierdzę ale już w charakterze budynku typu pałacowego, którego budynek podziwiać możemy do dnia dzisiejszego. W czasie rozbiorów obiekt ten pełnił funkcję austriackiego więzienia oraz sądu. Obecnie możemy zwiedzić wnętrza zamku, którego siedzibą jest Muzeum Okręgowe w Sandomierzu

Po krótkiej wizycie na zamku zmierzamy w kierunku bulwarów nadwiślańskich, gdzie roztaczają się przepiękne widoki na tutejsze Stare Miasto. Przysiadamy na chwilę z naszymi pupilami na tutejszych ławkach i wgapiamy się w królową polskich rzek oraz znajdujący się za naszymi plecami królewski Sandomierz. Podziwiamy także liczne statki wycieczkowe kursujące po Wiśle, my niestety odpuszczamy tą ciekawą atrakcję z braku czasu, gdyż na rejs potrzeba zarezerwować co najmniej 2-3 godziny. Gdy akumulatory już delikatnie naładowane udajemy się na ul. Królowej Jadwigi, gdzie znajduje się wlot do jednego z najpopularniejszych miejsc w całym mieście – Wąwozu Królowej Jadwigi. To nieco bajkowe miejsce, przypominające koryto wyschniętej rzeki, w samym środku dzikiej, prastarej puszczy a jego dolina jakby wyściełana korzeniami potężnych drzew rosnącymi ponad wąwozem. Ale nic bardziej mylnego nadal znajdujemy się w samym centrum Sandomierza. Ten przyrodniczy ewenement, po którym rzekomo niegdyś spacerowała Królowa Jadwiga powstał w wyniku procesu erozji wodnej w miękkiej skale lessowej. Wąwóz ma długość ok. 500 metrów natomiast strome ściany wąwozu osiągają nawet 10 metrów wysokości. Ze względu na licznie występujące gatunki wielu roślin Wąwóz Królowej Jadwig objęty jest ochroną przyrody.

Po stromym podejściu lessowym kanionem dochodzimy do wylotu wąwozu, w pobliżu kościoła św. Pawła, znajdujący się na na Wzgórzu Świętopawelskim. Ostatnią atrakcją jaką odwiedzamy w drodze powrotnej do samochodu jest Kościół św. Jakuba. Ciekawostką jest iż jest on prawdopodobnie najstarszym kościołem w Polsce wzniesionym z cegły. Przy wejściu znajdziemy piękny zdobiony w stylu romańskim portal, natomiast w środku kaplice : Matki Boskiej Różańcowej, Św. Jacka Odrowąża a także kaplica Męczenników Sandomierskich, gdzie znajdują się sceny męczeństwa 49 dominikanów sandomierskich oraz scena śmierci ojca Augustyna Rogali.

Goszcząc w Sandomierzu nieco dłużej niż jeden dzień warto zobaczyć także mieszczący się w granicach miasta (2-2,5 km na północny – wschód od Starego Miasta) unikatowy rezerwat przyrody „Góry Pieprzowe”, które są wschodnim zakończeniem Gór Świętokrzyskich. Liczące około 500 mln lat góry swą nazwę zawdzięczają kolorowi skał, z których są zbudowane. Tzw. iłołupki pod wpływem czynników atmosferycznych utleniły się i pokruszyły przypominając swym wyglądem pieprz. W Górach Pieprzowych znajduje się jedno z największych w Polsce skupisk róż. Spośród 18 gatunków dziko rosnących róż, 12 z nich występuje na terenie „Pieprzówek”.

Po tej lekcji historii w plenerze, którą poczęstował nas królewski Sandomierz żegnamy się z tym uroczym miastem. Będąc w świętokrzyskim zachęcam wszystkich do odwiedzenia tej architektonicznej perły regionu.

W drodze powrotnej na naszą kwaterę, postanawiamy zatrzymać się jeszcze w niewielkim miasteczku Opatów. Dzięki swemu dogodnemu położeniu na historycznym Szlaku Bursztynowym w miasteczku dawne czasy pozostawiły wiele cennych pamiątek. Prawdziwym skarbem Opatowa do którego udajemy się zaraz po przyjeździe jest Kolegiata p.w. św. Marcina, wybudowana w stylu romańskim. Za symboliczną opłatę 5 zł możemy zobaczyć wnętrze jednej z najstarszych świątyń w Polsce. Naszą uwagę przykuwa transept (prosto zamknięte prezbiterium) ,biforia (podwójne romańskie okienka) oraz symboliczne ślady szabel szlacheckich na ścianach (wschodniej i południowej). Podziwiamy także liczne obrazy batalistyczne : Bitwa pod Wiedniem, Bitwa na Psim Polu i Bitwa pod Grunwaldem. Prawdziwym klejnotem tego miejsca jest Lament Opatowski, czyli płaskorzeźba przedstawiająca 41 postaci opłakujących zmarłego kanclerza, właściciela Opatowa i odnowiciela kolegiaty – Krzysztofa Szydłowieckiego.

Dla mających nieco więcej czasu polecam także wizytę na pobliskim ryku a także na wycieczkę 400 – metrową Podziemną Trasą Turystyczną, która znajduje się tuż pod rynkiem. Powstała ona podobnie jak ta w Sandomierzu, z połączenia licznych wykonywanych w skale lessowej piwnic. Oczywiście poza zwiedzaniem zachęcam wszystkich, do zakupu w miejscowych sklepach regionalnego produktu jakim jest krówka opatowska, czyli popularna „mordoklejka” 🙂

DZIEŃ 5

Po ostatniej majówkowej nocy w Świętej Katarzynie pora niestety na pakowanie i najmniej przyjemną część każdego wyjazdu, czyli powrót. Chociaż może wcale nie będzie tak traumatycznie, gdyż po drodze czeka nas jeszcze wiele ciekawych atrakcji. Zaraz po pożegnaniu się z sympatycznymi właścicielami opuszczamy „Dolinę Łysicy” i kierujemy się ok 45 km na południowy wschód do miejscowości Ujazd. Właśnie tutaj znajdują się jedne z najpiękniejszych i największych ruin zamkowych w Polsce.

Zamek „Krzyżtopór” został wzniesiony przez Wawrzyńca Senesa w XVII wieku i do czasu wybudowania Wersalu był największą budowlą pałacową w Europie. Fundatorem tego pałacu w fortecy (palazzo in fortezza) był wojewoda sandomierski Krzysztof Ossoliński. Ten potężny zespół pałacowy wybudowany na planie pięcioboku został wzniesiony na wzór kalendarza. Posiadał tyle okien ile dni w roku, tyle komnat ile tygodni, tyle wielkich sal ile miesięcy oraz baszt ile pór roku. Konie jadały z marmurowych żłobów, przeglądając się w lustrach, natomiast w jednej z sal rolę sufitu pełniło akwarium z egzotycznymi rybami. Zamek był ogromny posiadał powierzchnię 1,3 ha oraz kubaturę 70 000 m3. Ossoliński na tę rezydencję wydał około 3 mln ówczesnych złotych polskich.

Zwiedzanie w zamku odbywa się indywidualnie (bilet normalny w sezonie turystycznym 10 zł) lub po dodatkowej opłacie, oprowadzanie z przewodnikiem. Obowiązuje tu zakaz wprowadzania psów, a obejście całego obiektu zajmuje około jednej godziny.

Po wizycie w Ujeździe kierujemy się do pobliskich Kurozwęk, gdzie znajduje się zjawiskowy pałac z pobliskimi atrakcjami. W niewielkim miasteczku odwiedzamy piękną barokowo – klasycystyczną rezydencję, w której obecnie mieści się Pensjonat Popielówka, gdzie turyści mogą zwiedzić wnętrza a także zatrzymać się na romantyczną noc w zamkowych komnatach. W pobliżu pałacu znajduje się również zabytkowy park oraz mini zoo które odwiedzamy. Największą atrakcją jest natomiast stado bizonów amerykańskich liczące ponad 80 sztuk, które można oglądać z wnętrza wozu „safari bizon”. Dla miłośników aktywnego wypoczynku czeka jazda konno, rowerem, gra w paint – balla czy „tyrolka”.

 Po skorzystaniu z niektórych atrakcji ruszamy w dalszą drogę. Teoretycznie majówka już się kończy, a świętokrzyskie wciąż nas zaskakuje i nie umiemy się z nim rozstać. Przyszła pora chyba już na ostatnie ciekawe miejsce podczas naszego powrotu. Jest nim maleńkie miasteczko Szydłów (7 km na zachód od Kurozwęk) zwanym polskim „Carcassonne”. 

Szydłów z powodu doskonale zachowanego średniowiecznego układu obronnego oraz murów miejskich już przed laty zyskał miano polskiego „Carcassonne”. Wykonane z lokalnego wapienia w XIV wieku mury mierzyły 1080 m długości i 1,8 m szerokości. Dzięki królowi Kazimierzowi Wielkiemu rozpoczęto fortyfikację Szydłowa poprzez otoczenie miasta kamiennymi murami, fosą oraz wybudowaniem królewskiego zamku. Do dzisiejszych czasów z zamku zachowały się jedynie fragmenty murów obronnych, sala rycerska, skarbczyk będąca siedziba muzeum oraz Brama Krakowska.

Synagoga żydowska.

Brama Krakowska.

Kościół Św. Władysława oraz fragment murów miejskich.

Warto zajrzeć do tego małego, sennego miasteczka choćby na chwilę i przespacerować się zabytkowymi uliczkami wśród średniowiecznych obwarowań. Będąc tu na pewno dostrzeżecie magię tego uroczego miejsca.

Z maleńkiego Szydłowa udajemy się jeszcze dosłownie na 15 minut na rynek w Jędrzejowie, gdzie podawane są najlepsze ZAPIEKANKI w regionie, serwowane tradycyjnie, z pieca, od ponad 30 lat. Moja żona będąc dzieckiem, jeździła często ze swoją babcią na tutejszy targ, gdzie przy każdej okazji naciągała staruszkę na pyszne zapiekanki. Tą solidną wyżerką żegnamy region świętokrzyski, który bardzo pozytywnie zaskoczył nas szerokim wachlarzem atrakcji. Długi weekend to stanowczo za mało aby poznać świętokrzyskie w 100 %, dlatego pewne jest że na pewno tu jeszcze powrócimy.

 CIEKAWOSTKI ŚWIĘTOKRZYSKIE

Świętokrzyska Baba Jaga – Czyli kto ?

*”Baba Jaga jest swoistym, świętokrzyskim symbolem. Jej wciąż utrwalany wizerunek sięga swymi korzeniami do średniowiecza, ale tak naprawdę wywodzi się kręgu wierzeń antycznych, celtyckich i germańskich. Gdyby się tak zastanowić, to Baba Jaga jest wyjątkowo złożoną postacią, na którą składają się cechy następujących bóstw: Holda i Perha (bóstwa przeznaczenia, dobrobytu, wywodzące się z wierzeń germańskich i nordyckich), Diany (bogini losu i szczęścia w mitologii greckiej i rzymskiej), Epony i Hery (chtonicznych, dobrotliwych, kobiecych bóstw). Oprócz tego nasza świętokrzyska wiedźma została ukształtowana przez bałtyckie wyobrażenia o wilkołakach oraz wierzenia związane ze strzygami.

Początkowo czarownice latały na zwierzętach, dopiero później przesiadły się na żerdzie z płotu, a ostatecznie wybrały miotły, jako najlepszy środek transportu. Jednak wybór te był podyktowany jeszcze jedną kwestią. Miotła uznawana była za symboliczny przedmiot związany z oczyszczeniem i wypędzaniem złych mocy.

Jedno z typowych przedstawień Baby JagiSamo sformułowanie Baba Jaga oznacza starą kobietę (Babę) i do tego jędzę, wiedźmę (Jagę), która zasadniczo jest groźna i niebezpieczna. Zazwyczaj wyobrażano ją sobie lub przedstawiano, jako wyjątkowo szpetną i odrażającą. Z lekcji historii wiemy (lub nie wiemy), że w średniowieczu wiele kobiet było posądzanych o czary, co doprowadzało do swoistej nagonki na nie (tzw. polowania na czarownice, procesy kończące się karą śmierci, itd.).

Na świętokrzyskiej ziemi legendy związane z Babą Jagą zaczęły kształtować się w okolicach XV wieku i związane były z pogańską przeszłością Łysej Góry. Miejscowa ludność wierzyła, że na Gołoborzu (uznawanym w mitologii za miejsce przyciągające złe moce) odbywały się sabaty czarownic, na które przybywał sam diabeł.

Warto jednak zaznaczyć, że zainteresowanie Babą Jagą trwa aż do dziś. Ciekawe jest to, że w XX wieku nasza rodzima wiedźma została ubrana w strój ludowy, jakim jest zapaska świętokrzyska i tym samym jej wizerunek został zbliżony do ludowej kultury regionu. Obecnie motyw Baby Jagi pojawia się w kampaniach promujących Świętokrzyskie oraz w przeróżnych miejscach na terenie całego województwa. 

 Kielczanie czyli scyzoryki

„Scyzoryk, Scyzoryk tak na mnie wołają

Ludzie spoza mego miasta, pewnie oni rację mają.

** „Tak śpiewał, a raczej rapował Liroy. Większość osób uważa, że określanie kielczan „scyzorykami” powstało właśnie dzięki zacytowanej powyżej piosence. Jednak źródeł tego sformułowania należy szukać znacznie wcześniej.

  • Przed wojną, w Kieleckiej Hucie Ludwików produkowano szable „ludwikówki”, w które wyposażeni byli oficerowie II RP. Warto zauważyć, że nawet Gerwazy z „Pana Tadeusza” nazywa swoją szabelkę „scyzorykiem”. Zatem: szabelka = scyzoryk = kielczanie
  • W latach 50. Drzewica przynależała do Województwa Kieleckiego. W miejscowości tej, oprócz sztućców (noży i widelców), produkowano również scyzoryki. Można je było oczywiście kupić w samych Kielcach. Motyw scyzoryka pojawił się również w serialu „Wojna Domowa”. Kiedy Kazimierz Jankowski (grany przez Kazimierza Rudzkiego) wraca z delegacji, wręcza Pawłowi (Krzysztof Musiał-Janczar) scyzoryk z nożyczkami i otwieraczem do konserw, który zakupił właśnie w Kielcach.
  • Mieszkańcy ościennych województw twierdzili, że wszyscy kielczanie noszą przy sobie scyzoryki lub noże. Częściowo był to oczywiście stereotyp, lub jak kto woli „urban legend”, ale z drugiej strony, może jest w tym wszystkim dość spore ziarnko prawdy.


Z własnego doświadczenia wiem, że określanie kielczan „scyzorykami”, jest nadal powszechne. Spotykam się z nim ciągle, w różnych okolicznośach.

„Jesteś z Kielc?? O… scyzoryk!”

Większość osób pochodzących z Kielc nie traktuje tego, jako czegoś obraźliwego lub niemiłego, lecz znajdą się czasem osoby, które to zbulwersuje. Zatem jeśli spotkacie na swej drodze kogoś z Kielc, nie „atakujcie” go na dzień dobry stwierdzeniem „Ooo scyzoryk!”, bo nie wiadomo czy traficie na osobę zdystansowaną.

Na koniec dodam, że od 2008 roku w Kielcach rozdawane są nagrody „Scyzoryków” (podczas Festiwalu Scyzoryki), którymi uhonorowywani są twórcy muzyki/piosenkarze (nagroda „Muzyczne Scyzoryki”) oraz artyści – tancerze, plastycy (nagroda „Scyzoryka”) pochodzący z regionu świętokrzyskiego.

Sama geneza Festiwalu wywodzi się od Krzysztofa „Kasy” Kasowskiego, który w 1995 roku postanowił wyróżnić wybijających się w tamtym czasie muzyków. Otrzymali od niego nagrody, które były niczym innym jak wbitymi w kawałek drewna, kupionymi w kiosku scyzorykami.”

INFO :

* ** Fragment artykułu o ciekawostkach świętokrzyskich pochodzi ze strony internetowej bywajtu.pl