Maramuresz      23.08 – 27.08 2015

4 cerkiew prislop

Charakterystyczna panorama w regionie Maramureszu.

Chyba żaden kraj nie jest obciążony tyloma stereotypami co Rumunia. Większości naszych rodaków kojarzy się jedynie z mafią, ubóstwem, Cyganami i Draculą. Ile w tym prawdy postanowiliśmy sprawdzić na własnej skórze odwiedzając te „Rumuńskie Bieszczady”, czyli region Maramuresz.

SAM_3166

Droga do celu podróży

Według Google Maps droga z Górnego Śląska w serce regionu do miejscowości Borsa to ok. 700 km. My wybraliśmy nieco dłuższą trasę chcąc trzymać się głównych dróg, a przy tym uniknąć opłat drogowych na Węgrzech i w Słowacji. Dzięki temu mogliśmy też odwiedzić Tokaj i kupić kilka butelek lokalnego wina. Podróż przez Słowację to głównie bardzo ładne widokowo, górzyste drogi (mijamy Tatry Bielskie, Tatry Niskie, Słowacki Raj i Słowacki Kras), natomiast podróż przez Węgry to nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Dzięki dobrym i prostym drogom dość szybko osiągamy granicę w miejscowości Petea. Po krótkiej kontroli i zakupie obowiązkowej rumuńskiej winiety (e-roviniette) zaczyna się jazda, która jest czymś pomiędzy tym co znamy z polskich i indyjskich dróg. Mamy wrażenie, że ograniczenia prędkości, przejścia dla pieszych, zakazy wyprzedzania i zatrzymywania mają tu charakter umowny. Uderzający jest brak chodników, a nawet poboczy w mniejszych miejscowościach, dziury i wyrwy, które z niejednego samochodu na pewno urwały już zawieszenie, niektóre samochody jeżdżące bez istotnych części blacharskich (drzwi, zderzaki itp.) i dziwne znaki drogowe, np. ograniczające prędkość do akurat 25 km/h. Mimo to ruch odbywa się sprawnie i w miarę bezpiecznie. Warto zaznaczyć, że co chwilę spotyka się pojazdy zaprzęgowe (raz nawet spotkaliśmy wóz na stalowych kołach zaprzęgnięty w woły!), które tutaj są pełnoprawnymi uczestnikami ruchu. Podobno miejscowa policja jest dość rygorystyczna w egzekwowaniu prawa o ruchu drogowym, ale Rumuńscy kierowcy solidarnie ostrzegają się przed każdym patrolem drogówki mrugając światłami. Droga w serce Maramureszu ma odnowioną niedawno nawierzchnię i po ok.3 h jazdy docieramy do naszego pensjonaciku w miejscowości Viesu de Jos.

1 Słowacki Raj  2 Węgry

Dzień 1

W pierwszy dzień postanawiamy rozejrzeć się po okolicy, zobaczyć legendarną przełęcz Prislop i odwiedzić Borse, dużą miejscowość turystyczną położoną malowniczo w dolinie, pomiędzy górami Rodańskimi, a Górami Marmaroskimi.

Przełęcz Prislop (rum. Pasul Prislop) to wyjątkowo malownicze miejsce, w którym nie można się nie zatrzymać w podróży przez północną Rumunię. Powszechnie uważa się tutejszą okolicę za jedno z najpiękniejszych miejsc w całych Karpatach. Geograficznie stanowi ona granicę pomiędzy regionem Maramuresz a Bukowiną. Jest to też świetny punkt wyjściowy w góry Marmaroskie, jak i Rodańskie. Na przełęczy stoi bardzo ładna murowana cerkiew, niewielki, nieco zapomniany cmentarz z grobami rumuńskich i rosyjskich żołnierzy, a także obelisk upamiętniający doprowadzenie tu szosy. Na głodnych turystów czekają także lokalni Romowie, którzy dość namolnie próbują wyżebrać od nas kilka lei, albo sprzedać słoiczek jagód. I przy okazji muszę dodać, że to był jedyny moment podczas całej wizyty w Rumunii, gdy zetknęliśmy się z żebractwem i Romami. W razie napadu większego głodu, można skorzystać z bufetu otwartego tu niedawno schroniska Cabana Alpina.

3 Przełęcz Prisłop  4 cerkiew prislop   SAM_3026 SAM_3025

SAM_3017

Widok z przełęczy Prislop na Góry Marmaroskie.

8 Centrum Borsy

Centrum Borsy

Borşa (węg. Borsa), to największy ośrodek turystyczny okolicy. Można powiedzieć, że to taki rumuński odpowiednik Ustronia albo Szczyrku. To stąd wychodzą szlaki w góry Rodańskie, w tym na najwyższy szczyt, Pietrosul. W tej mniejscowości jest wiele kawiarni, restauracji, hoteli a także ośrodków narciarskich. Jest też kafejka internetowa, kantor, stacja benzynowa i kilka supermarketów. Zabudowa i architektura tego sympatycznego miasteczka jest hmm… jednak nieco inna niż naszych miejscowości w Beskidzie Śląskim. Widać tu na pierwszy rzut oka, że mimo iż kraj jest w Unii i rozwija się szybko , to wciąż bliżej tu  do późnych lat 80 za panowania Ceauşescu, niż do dzisiejszych kurortów górskich w Polsce czy w Czechach. 

Dzień 2

Po pierwszym „lajtowym” dniu, postanawiamy, że drugi już spędzimy nieco bardziej aktywnie. Będziemy zdobywać najwyższy szczyt Gór Rodańskich -Pietrosul (2303m.npm.). Szlak niebieskiego paska zaczyna się w samym centrum Borşy i jak informuje nas tam tablica, wspinaczka na szczyt trwać powinna 4 godziny. Jak się później okazało niewiele ma się to z rzeczywistością, ani nawet z kolejnymi znakami. Oczywiście można stąd zacząć wycieczkę, ale postanowiliśmy dojechać samochodem w górę szlaku tak daleko jak to możliwe. Po kilku kilometrach najpierw drogą asfaltową pomiędzy domami, a później stromym kamienistym traktem zatrzymujemy się na małym parkingu, pod nową, bardzo ładną cerkwią, właściwie na granicy Parku Narodowego Gór Rodańskich. Dzięki temu, że wjechaliśmy dość wysoko, już po nieco ponad godzinie marszu, mogliśmy rozkoszować się widokiem małych domków Borşy w dole i podziwiać panoramę gór Marmaroskich.

10

Symbol Parku Narodowego Gór Rodańskich.

9 11 Borsa i Góry Marmarońskie

SAM_3087

Podejście na Pietrosul,najwyższy szczyt Gór Rodańskich 2303 m.n.p.m

W połowie drogi na szczyt znajdują się zabudowania stacji meteorologicznej i niewielkie jeziorko Lacul Iezer, które dla wielu turystów wydaje się być celem wędrówki. Niestety dość dużo tu różnych śmieci, porozrzucanych przez niefrasobliwych turystów. Mimo, że wyznaczony tu został Park Narodowy, to świadomość ekologiczna wydaje się być po prostu bardzo niewielka. Po krótkim odpoczynku i obserwacji wyczynów amatorów kąpieli(!) w Lacul Iezer idziemy w dalszą drogę ku szczytowi.

12 Stacja meteo

Stacja meteo przy jeziorze Lacul Iezer.  13 Relaks

Stąd na szczyt Pietrosula wiedzie dość wygodna i niezbyt stroma ścieżka. Po około 2 godzinach wspinaczki stajemy na szczycie i oczom naszym ukazuje się całe piękno gór Rodańskich, także wiele ścieżek i stosunkowo duży ruch turystów, których w okolicy szczytu jest znacznie więcej niż na szlaku prowadzącym bezpośrednio z Borşy. Nie mamy ochoty, ale niestety musimy wracać do domu. Wygłodniali w drodze do pensjonatu zatrzymujemy się jeszcze na obiadokolację w jednym z przydrożnych hoteli. W restauracji Hotelu Gabriela*** wyglądamy nieco dziwnie ubrani w buty górskie i koszulki termoaktywne, ale jemy pyszna shoarmę, pijąc colę i płacąc za dwa porządne obiady równowartość 40 zł.

15 W drodze na szczyt

Jezioro Lacul Iezer,w którym ochłody szukali miejscowi tubylcy.

16. Ostatnia prosta

Dzień 3

W kolejnym dniu postanawiamy nieco dać odpocząć naszym nogom i decydujemy się na małą wycieczkę do Doliny Izy, oraz odwiedzić słynny Wesoły Cmentarz w miejscowości Săpânța . Najbardziej malownicza trasa z Borsy do Synothu Marmarońskiego i dalej do Săpânțy prowadzi właśnie doliną Izy. Po drodze mija się kilka miejscowości ,w których przetrwały żywe tradycje ludowe, a na każdym kroku możemy spotkać piękne drewniane cerkwie i tradycyjne marmaroskie bramy. Pierwszą miejscowością w której się zatrzymujemy jest Bârsana. Wioska jest malowniczo położona pomiędzy zielonymi pagórkami i znana jest przede wszystkim z kompleksu klasztornego Mănăstirea Bârsana. Tuż po wjeździe do miasta wita nas wielka drewniana brama i parking przy którym można zostawić samochód i udać się na zwiedzania monastyru. Po dokonaniu opłaty za wstęp i możliwość fotografowania (w sumie ok. 10 zł) możemy podziwiać perły marmaroskiej architektury. Na terenie kompleksu poza samą cerkwią Dwunastu Apostołów, znajdują się  także: piękna altana ponad klasztorną studnią, zabudowania mieszkalne i gospodarcze, a także alejki i trawniki – wszystko w tradycyjnym, regionalnym stylu.

SAM_3168

Zespół klasztorny Mănăstirea Bârsana

21. Altana ponad świętym źródełkiem   18. Brama przed klasztorem

19. Manastirea Barsana   20. Wnętrze cerkwi

Dalej przemierzając Dolinę Izy jedziemy przez wiele miejscowości. Przed każdym domem znajduje się ławka, na której młodzi i starsi mieszkańcy cieszą się ze słonecznego dnia, siedzą i rozmawiają o swoich sprawach. Widać, że życie toczy się tutaj swoim niespiesznym rytmem. W drodze do Săpânty zatrzymujemy się jeszcze kilkukrotnie podziwiając kolejne piękne monastyry, tradycyjne domy i oczywiście okazałe bramy ,które znajdują się przed każdym szanującym się gospodarstwem.

24. Tradycyjnych drewnianych budowli sakralnych jest po prostu mnóstwo

22. Jedna z bram przed domem w Dolinie Izy       SAM_3154

Po kilkudziesięciu minutach jazdy dojeżdżamy wreszcie do Săpânty. Znaki z daleka nas informują jak dotrzeć do największej miejscowej atrakcji turystycznej. Po zaparkowaniu samochodu, przedzierając się wśród straganów z pamiątkami i mijając rzesze turystów wchodzimy na ten chyba najbardziej niezwykły cmentarz w Europie. Za bramą cmentarza od razu rzuca się w oczy gąszcz kolorowych nagrobków i krzyży. Ich forma plastyczna to prawdziwae arcydzieła sztuki. Na krzyżach dominuje jaskrawy kolor niebieski i zachwyca bogata ornamentyka. Warto się przejść po cmentarzu i poprzyglądać obrazkom na nagrobkach. Możemy się z nich dowiedzieć o tym kim byli za życia lub w jakich okolicznościach ponieśli śmierć pochowani tu ludzie. Więc mamy tu  milicjanta, stolarza, gospodynię domową a także traktorzystę, którego przejechał własny traktor. Tłumy turystów, dość gwarna atmosfera oraz kolorowe malowidła sprawiają, że to miejsce absolutnie nie przypomina nam miejsca spoczynku umarłych. Pośrodku cmentarza znajduje się okazała cerkiew prawosławna z 1886 r. Cerkiew jest aktualnie w remoncie, ale formą i kolorystyką nie odbiega zupełnie od reszty cmentarza. Już teraz widać, że po zakończeniu będzie to chyba najbardziej kolorowa świątynia w Maramureszu.

26. Cerkiew. Uwagę zwracają kolorowe malowidła

Wesoły Cmentarz

27. Jeden z nagrobków ukazujący okoliczności śmierci dziewczyny  28. Wewnątrz cerkwi  SAM_3119

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na pyszne „papu” w Syhocie Marmarońskim. W tym dość dużym mieście znajduje się także muzeum ofiar komunizmu, ale niestety nie udaje się nam go zwiedzić. Cóż, pozostanie do zobaczenia coś przy następnej wizycie w okolicy. Po posiłku i po przestudiowaniu mapy postanowiłem wrócić skrótem, przez góry do naszego pensjonatu. Jak wiadomo powszechnie w środowisku, Rumunia to raj dla osób kochających jazdę po bezdrożach. Ja także zamierzałem z tego skorzystać i sprawdzić możliwości samochodu.

31. Nawet na takiej drodze może trafić się nieoczekiwany zator

Korek na jedne z dróg lokalnych w okolicach Săpânțy.

32. Za tą górką będziemy już w pensjonaciku

Rumuńskie bezdroża.

Dzień 4

Skoro poprzedni dzień był „lajtowy”, następny musi być nieco bardziej aktywny. Postanawiamy znów uderzyć w Góry Rodańskie, zobaczyć najwyższy wodospad w okolicy (Cascada Cailor) i wspiąć się na wysokość 1572 m n.m.p. na halę pasterską Poiana Ştiol. Na początek udajemy się do miejscowości Staţiunea Borşa. Budowę i rozwój tego kompleksu przeznaczonego do wypoczynku ludzi pracy rozpoczęto w latach 70. XX wieku. Przez lata powstawały domy wczasowe, hotele i sanatoria. Kompleks miał się stać głównym lokalnym ośrodkiem sportów zimowych i stacją narciarską. Wybudowano tu m. in. wyciąg krzesełkowy, który funkcjonuje tu cały rok i z którego mamy zamiar skorzystać dostając się w okolicę Poiany Ştiol . Wyciąg ma niecałe 2 km długości i pokonuje różnicę 500 m. Niestety po zobaczeniu tego reliktu i sposobu w jaki turyści wskakują i wyskakują (a raczej są wyszarpywani przez obsługę) z krzesełek, a także pojawiających się pewnych problemów technicznych decydujemy się zmienić nieco naszą trasę i najpierw udać się zobaczyć wodospad.

33. Wyciąg wz lat 70. przypominał nieco stara chorzowską elkę z WPKIW

Prymitywny wyciąg krzesełkowy z lat 70, przypominał nieco starą chorzowską „Elkę” z WPKIW.

Wsiadamy do samochodu i przejeżdżamy w inne miejsce, skąd zaczyna się szlak czerwonego trójkąta do Cascada Cailor. Jak mówią nam napotkani po drodze Rumuni, do wodospadu idzie się niecałą godzinę, a jego nazwa oznacza wodospad Konia. Szlak wiedzie w górę najpierw szeroka drogą szutrową, później odbija na ścieżkę i zaczyna wchodzić w las. Raz po raz spotykamy schodzących w dół miłośników gór z różnych krajów, którzy mówią o pięknych widokach i wysokim wodospadzie.

35. w drodze na szczyt

Po godzinie wspinaczki dochodzimy do wodospadu. Faktycznie robi wrażenie. Poprzez kilka kaskad woda pokonuje w dół prawie 100 m. Wokół wodospadu oczywiście mnóstwo ludzi, każdy chce sobie zrobić zdjęcie. My także robimy krótką sesję, jemy kabanosy i ruszamy dalej w górę.

Nimic-nu-se-compara-cu-frumusetea-Cascadei-Cailor

Cascada Cailor

Dalej szlak przechodzi przez las i dalej wiedzie stromym żlebem doliny Fântâna. Po prawej stronie mijamy okazałą grzędę skalną z jaskinią. Po prawie godzinnej wspinaczce osiągamy wreszcie Poianę Ştiol. Na tym wypłaszczeniu panuje prawdziwie pasterska atmosfera jakiej w Polsce już nie da się uświadczyć.Na rozległym terenie widać szlaki, stada owiec, koni i krów. Pasterze siedzą na kamieniach, a ich zwierząt pilnują psy. Tutaj dopiero można zobaczyć ogrom i rozmiar Gór Rodańskich. Postanawiamy tutaj odpocząć i jak najdłużej cieszyć się jak to określiła Agnieszka „najpiękniejszym miejscem ever”.

SAM_3222 SAM_3243  Po odpoczynku schodzimy na dół wybierając nieco inny, bardziej leśny wariant. Dzięki temu mamy widok na wodospad Konia z innej perspektywy, a nieco niżej podziwiać możemy całą dolinę z której rozpoczęliśmy wędrówkę. Po około 2 godzinach jesteśmy już na dole, wsiadamy w samochód i wracamy do pensjonatu na naszą ostatnią noc, zatrzymując się po drodze na pyszną obiadokolację.

SAM_3274

Samotny „Łysek” wędrujący w stronę wodospadu Konia.

Na własnej skórze przekonaliśmy się, że Rumunia to jednak nie uzbrojone bandy, cyganie, i wampiry, a piękne góry, mili i życzliwi ludzie, a także barwny i coraz trudniej już spotykany w Europie folklor. Podczas naszej podróży oczywiście nie zobaczyliśmy wszystkiego, dlatego na pewno jeszcze wrócimy do tego pięknego kraju.